PROJEKT

WPŁAW PRZEZ BAŁTYK

 

     Emocje powoli opadają, kolejne dni mijają nieubłaganie i myślę, że przyszedł odpowiedni moment, aby opowiedzieć Wam jak „z wody” przebiegała cała przeprawa przez Bałtyk…
Zacznę od tego, że całkowicie zmieniłem plan przygotowań. Musiałem zresetować głowę po zeszłorocznej nieudanej próbie. W okresie jesienno-zimowym przepłynąłem znacznie mniej kilometrów niż przed rokiem. Poświęciłem więcej czasu na pracę na lądzie: trening siłowo-wytrzymałościowy, muay thai, rower, bieganie, stretching, oczywiście mając świadomość, że nic nie zastąpi pływania. Czułem, że potrzebuję takiej odmiany. Tym bardziej, że moje treningi w wodzie znacznie różnią się od tych, które kiedyś realizowałem jako „pływak basenowy”. Pływałem najbardziej monotonne zadania jakie można sobie wyobrazić: 8x1500 kraul st. 20 min; 140x100 st. 1:20; 70x200, przeróżne drabinki od 100 do 1000 w górę i w dół. Kilkanaście razy przepłynąłem dystans 30-40 km w morzu równy przeprawie przez Kanał La Manche. Bez żadnej otoczki, chwalenia się - to była norma. Nie ukrywam, że bardzo ciężkim momentem było same wyczekiwanie na start. Nie łudziliśmy się, że warunki będą idealne, lecz wypatrywaliśmy tych względnie dobrych, aby w ogóle móc podjąć próbę. W tym roku naprawdę ciężko było wstrzelić się w 30-godzinne okno pogodowe. Wiatry były silne, gwałtownie zmieniały kierunki, występowały różne anomalie pogodowe. Nie będę kłamał, że nie czułem presji. Kilkukrotnie ekipa z całej Polski zjawiała się w Kołobrzegu ze względu na korzystne prognozy pogody, które w ostatniej chwili zmieniały się jednak na gorsze. Nawet nie wiecie, że czterokrotnie jedną nogą byłem w Bałtyku na linii startu. WIELKIE PODZIĘKOWANIA należą się tym osobom, które były w ciągłej gotowości, poświęcając swoje codzienne obowiązki, pracę, rodzinę, żeby wesprzeć mnie w realizacji tego projektu. Na łodzi asekuracyjnej były ciągłe roszady i przewinęło się przez nią ok. 30 osób. Pomyślcie co czułem w momencie, kiedy po wieczornej mobilizacji całej załogi, rano zapadała decyzja, że warunki się pogarszają i nie startujemy. Pomijam już moje nastawianie się na „ten dzień” - robiłem to kilkukrotnie i w ostatniej chwili musiałem się rozczarować… Bardzo dużo osób dzwoniło do mnie z pytaniami „Kiedy start?”, „Jakie prognozy?”. Byłem już zmęczony tym tematem, bo jedyne, co mogłem odpowiedzieć to „nie wiem, cały czas obserwujemy pogodę i jesteśmy w gotowości”. Wielotygodniowe wyczekiwanie stanowiło ciężkie wyzwanie dla mojej psychiki… Ale kiedy kilka godzin przed wypłynięciem podjąłem już decyzję, że startujemy, podświadomie czułem, że to zrobię. Prognozy przewidywały, że cały czas będę płynął w falach dochodzących do 1m wysokości. Zastanawiałem się jak mój błędnik wytrzyma tyle godzin ciągłego bujania. Z drugiej strony byłem nastawiony na najcięższą walkę w swoim życiu i czułem się naprawdę mocny tego dnia. Stojąc na linii startu byłem zrelaksowany, zmotywowany i cieszyłem się, że w końcu mogę podjąć rękawicę. Wystartowałem o godzinie 19:09 z plaży w Kołobrzegu. Dzisiejszą część zakończę przytaczając słowa pewnego dziennikarza, który był z nami w miejscu startu: „Przecież on tego nie przepłynie, zobaczcie jakie są fale.”

    …Na początku myślałem tylko o piance, aby dobrze się zassała i nie nabierała wody. Przy tak długim wysiłku w temperaturze 16-18 stopni wiedziałem, że to będzie kluczowa sprawa. Po kilkunastu minutach płynięcia czułem moc w każdym pociągnięciu i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem w dobrej dyspozycji. Od razu zacząłem realizować swój plan. Podzieliłem w swojej głowie dystans 100 km na mniejsze, znaczące dla mnie wyścigi z przeszłości i nie tylko. Pierwsze 5 km płynąłem na Pucharze Europy w Turcji, do 7,6 km dopływałem razem z moim bratem Dobule Ironmana, na 10 km wspominałem Puchar Europy w Izraelu, na 18 km wyścig Gdynia-Hel, 27 km to przepłynięcie Jezioraka, 32 km - zeszłoroczna próba, 41 km - Kanał La Manche, 54 km - Otyliada i właśnie w tym momencie rozpocząłem prawdziwą przeprawę przez Bałtyk… 😉 Najważniejszą rzeczą było niedopuszczenie myśli ile zostało mi do końca, co oczywiście nie było takie proste. Przekonałem się o tym już na 9 km, kiedy przeszedł mnie dreszcz na myśl, że mam jeszcze 91 km do mety. Przepływając kolejne kilometry wspominałem tytaniczną pracę, którą musiałem włożyć, aby znaleźć się w tym miejscu. Poświęciłem naprawdę dużo podporządkowując 19 lat swojego życia pod pływanie...
Podczas płynięcia najbardziej uciążliwy był dla mnie ból w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Jego przyczyną była nienaturalna dla mnie pozycja wywołana przez wyporne buty neoprenowe. Dzięki nim wyżej leżałem na wodzie, ale musiałem też mocno angażować mięśnie grzbietu, aby zapobiegać nadmiernemu przegięciu ciała i utrzymywać stopy pod powierzchnią wody. Przez buty na nogach moje kopnięcia stały się totalnie nieefektywne, nie miałem czucia wody, przez co traciłem na prędkości i bardziej obciążałem ręce. Mimo tych wszystkich wad najbardziej zależało mi na tym, aby utrzymać jak największy komfort termiczny, gdyż w 16-18-stopniowej wodzie Bałtyku wychłodzenie czy wręcz hipotermia stanowi poważne zagrożenie. Starałem się czerpać jak najwięcej radości z płynięcia, mówiłem do siebie, że to jest mój czas, na który tyle czekałem. Tak ciężko pracowałem na tę chwilę. Chciałem cieszyć się każdym metrem. Jednak nie obyło się bez kryzysów i chwil zwątpienia. Zdarzało się, że moją głowę przeszywały totalnie skrajne myśli. Zastanawiałem się po co ja to robię. Wszystko mnie bolało, pianka coraz bardziej uwierała, chłód dawał się we znaki, a do tego zaczynało mi się kręcić w głowie i czułem, że za moment zwymiotuję, bo nic nie trawiło się w moim żołądku. Wszystko to kumulowałem w sobie, starając się nie martwić załogi. O swoim kryzysie wspomniałem ok. 5 nad ranem, kiedy słońce zaczynało wschodzić, a ja miałem już w rękach ponad 40 km i w głowie jedną myśl „chcę wejść na łódź”. Myślałem o tym, jak u nich na pokładzie musi być ciepło i przyjemnie… Mógłbym tam w spokoju zasnąć pod ciepłą kołdrą i nie narzekać, że jestem już 21 godzin bez snu. Z drugiej strony pomyślałem o osobach, dla których to robię, czyli dla Magdy i Jasia… Dodało mi to wielkiej mocy. Wiedziałem, że jestem wojownikiem i że tak łatwo się nie poddam. Rok temu wytrzymałem 8 godzin ciągle wymiotując, więc teraz chciałem się doprowadzić co najmniej do takiego samego stanu. Poprosiłem o herbatę i zmianę pożywienia. Przez pierwsze 3 godziny piłem napoje izotoniczne, koktajle odżywcze, a od 3 do 10 godziny, czyli do kryzysowego momentu, rosół z makaronem. Potem otrzymałem od załogi ciepłą miętę i mięso wołowe w bułce. Zadecydowałem, aby jeść mniejsze porcje w 30-minutowych odstępach, a nie tak jak do tej pory co 45 min. Na następnej stacji czułem, że jest lepiej, mój żołądek znowu zaczął pracować i poprawił mi się nastrój. Kolejne kilometry mijały dosyć szybko, ale coraz bardziej doskwierały mi bóle pleców i barków, a na dodatek chciało mi się spać. Podczas stacji żywieniowej przyjąłem środek przeciwbólowy w połączeniu z kofeiną i płynąłem dalej. Przez cały czas wierzyłem, że to zrobię.

Kiedy dobiłem do 80 km czułem się naprawdę dobrze i byłem w świetnym humorze. Zastanawiałem się czy uda mi się dopłynąć do końca przed zachodem słońca. Wiedziałem, że w tym momencie zatrzymać mnie może już tylko gwałtowne załamanie pogody lub ciężka kontuzja. W mojej głowie była tylko jedna myśl, że dam radę i się nie poddam. Nie spodziewałem się jednak, że najcięższe chwile jeszcze przede mną. W pewnym momencie moja załoga poinformowała mnie, że zostało mi już tylko 10 km. Bardzo się ucieszyłem i chciałem czerpać jak najwięcej przyjemności z tego dystansu. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawił się statek, który nie chciał ustąpić nam pierwszeństwa. Płynął na żaglach, więc miał do tego prawo. Nie pomógł argument, że jestem za burtą. Mieliśmy do wyboru dwie opcje: czekać aż przepłynie, co wiązałoby się ze znaczną utratą ciepła lub płynąć dalej i wydłużyć dystans. Wybrałem mniejsze zło i kontynuowaliśmy walkę. Mijały kolejne kilometry, robiło się coraz ciemniej i zimniej. Z moich wyliczeń wynikało, że mam jakieś 5 km do końca, co zostało potwierdzone przez załogę. Końcówka strasznie mi się dłużyła, ale nadszedł moment kiedy wszyscy zaczęli krzyczeć "2 kilometry!!!". Strasznie mnie to zmotywowało i zacząłem przyspieszać. Płynąłem na wysokich obrotach przez 30 min, pomyślałem, że 2 km już dawno powinny minąć. Czyżbym był aż tak zmęczony? Czułem, że był przeciwny prąd, ale przecież nie mógłbym płynąć aż tak wolno. Zatrzymałem się na kolejne karmienie i zobaczyłem, że światełko latarni jest jeszcze bardzo daleko. Załamałem się... Nie wiedziałem czy wytrzymam, bo było mi już bardzo zimno. Zastanawiałem się ile mam jeszcze kilometrów do końca. Do mojej głowy napływało multum negatywnych myśli. Zacząłem wyliczać, że jestem już 41 godzin bez snu i nie wiedziałem czy mój organizm jest w stanie to znieść. Po kolejnych 45 minutach na pytanie o pozostały dystans usłyszałem jedynie zdawkową informację, że już blisko... Mówiłem, że wolę znać chociażby najgorszą prawdę. Niestety nikt nie wiedział ile kilometrów nadrobiliśmy podczas wymijania statku i jaki w rzeczywistości pokonamy dystans. Gdy minęło kolejne 45 minut, nie wytrzymałem i wybuchłem. Byłem już bardzo zmęczony, trząsłem się z zimna, a najgorsze było to, że nie wiedziałem ile to jeszcze potrwa. Przeprosiłem później wszystkich za te słowa, ale dokładnie pamiętam co wtedy wykrzyknąłem: "Kłamcy! Dlaczego mnie okłamujecie? Wolę znać prawdę! Czy ktoś k**** może powiedzieć ile mam do końca!? Nie wytrzymam już! Jest mi strasznie zimno!”…

      …Po tej scenie całkowicie zeszło ze mnie ciśnienie i nastawiłem się na to, że będę płynął jeszcze przez bardzo długi czas. Po raz kolejny przekonałem się jak ważna jest psychika i nastawienie podczas takiego dystansu. A tak naprawdę - ile jest w stanie znieść ludzki organizm. Najgorsze do zniesienia, a wręcz miażdżące mentalnie było to, że moja meta zamiast się przybliżać, wciąż była oddalana… Jednak gdy wyrzuciłem z siebie wszystkie negatywne emocje i „przełączyłem” tryb w głowie, że to jeszcze nie koniec i muszę płynąć dalej, to nagle zrobiło się zdecydowanie łatwiej. Cały czas płynąłem w kierunku światła latarni, do którego miałem wrażenie, że się jednak wcale nie zbliżam. Z perspektywy wody, w całkowitej ciemności nie byłem w stanie ocenić odległości. W sumie już mnie to nie ruszało, bo w głowie nastawiłem się, że będę płynął bez końca. Ok. 1,5 km przed plażą Dueodde łódź „James Coook” musiała się zatrzymać ze względu na niewielką głębokość i w końcówce byłem asekurowany wyłącznie przez riba. Tak naprawdę nie wierzyłem w to, że mam jeszcze 1,5 km do mety i nie zmieniałem nastawienia - nie wytrzymałbym kolejnego rozczarowania. Dopiero gdy światła latarek zaczęły przebijać się aż do samego dna, wiedziałem, że koniec jest już blisko. Zastanawiałem się jak to będzie po tylu godzinach przejść do pozycji pionowej. Nie chciałem ryzykować i dopłynąłem do płytkiego miejsca, gdzie woda sięgała do wysokości kolan. Podniosłem ręce do góry i chwiejnym krokiem wyszedłem z wody. Poczułem ulgę! Na plaży przywitało mnie kilkanaście osób z flagą Polski - to było coś pięknego! 😊 Spełniłem swoje największe marzenie i zostałem pierwszym człowiekiem na świecie, który przepłynął 100 km przez Bałtyk. Pomimo czasu, jaki upłynął od tego wydarzenia i niemal codziennych powrotów myślami do tych chwil, wciąż w pełni to wszystko do mnie nie dociera. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynam czuć satysfakcję i spełnienie…
Wiem jednak, że sam nigdy bym tego nie osiągnął. Osoby, które mnie wspierały i wierzyły w moje możliwości mają także wielki udział w tym wyczynie. Można powiedzieć, że ja odegrałem tutaj główną rolę, jednak w projekt była zaangażowana naprawdę masa ludzi. Chciałbym Wam z całego serca podziękować. Doceniam gotowość do działania, poświęcony czas i obowiązki. Chciałbym także podkreślić, że większość zespołu TeamKaraś robiła to bezinteresownie. TO JEST NASZ WSPÓLNY SUKCES!